Apple wprowadza dotykowy ekran w MacBooku z opcją wyłączenia

macbook | fot. http://elements.envato.com/

Nowy MacBook Pro jeszcze na dobre nie wjechał do sklepów, a internet już gotuje się od memów zestawiających dotykowy ekran notebooka z dawną tyradą założyciela firmy przeciwko takiemu rozwiązaniu. Według komentatorów Apple właśnie „zdradziło” własną filozofię, dodając palcowanie do komputera, który przecież miał pozostać twierdzą klawiatury i gładzika. Czy faktycznie mamy do czynienia z herezją, czy raczej z ewolucją narzędzia, które musi nadążać za przyzwyczajeniami współczesnych użytkowników? Przyjrzyjmy się sprawie spokojniej niż feed na X.

Chcieliście dotyku — jest, ale nikt nie każe korzystać

Apple tłumaczy najnowszy ruch prosto: ekran ProMotion OLED stanowił punkt wyjścia, a obsługa palcem to wygodny dodatek, nie rewolucyjna zmiana paradygmatu. Firma podkreśla, że komputer nadal projektowano wokół gestów gładzika i skrótów klawiaturowych, bo to wciąż najszybszy sposób pracy w profesjonalnych aplikacjach. Jednocześnie rośnie grupa klientów, którzy automatycznie próbują szczypać, przesuwać czy obracać elementy interfejsu tak, jak na iPhonie i iPadzie. Dla nich gesty na 16-calowym wyświetlaczu są po prostu bardziej intuicyjne podczas szybkiej korekty zdjęcia lub przewinięcia dokumentu w pociągu.

Dlaczego argumenty sprzed dekady dzisiaj brzmią inaczej

Gdy padły słynne słowa o bólu ramion, rynek laptopów dotykowych właściwie nie istniał, a większość aplikacji zakładała precyzję kursora. W 2010 roku multitouch dopiero kształtował nawyki, a ekrany IPS z szybą na wierzchu ważyły swoje. Trzynaście lat później pracujemy w hybrydowym świecie: dokument zaczynamy poprawiać na telefonie, kończymy przy dużym monitorze, a notatki z poprawkami wygodniej nanosimy rysikiem niż myszą. Coraz lepsze matryce OLED pozwalają zredukować grubość pokrywy, a zawiasy bez trudu utrzymują dodatkowe gramy szkła. Zmieniła się więc nie tylko technologia, lecz także biologia użytkowników: kciuk nawigujący po smartfonie od rana do wieczora sprawił, że naturalnym odruchem jest dotknięcie najbliższego ekranu — nawet jeśli to 14-calowy panel MacBooka.

„Mam laptop z dotykiem i nigdy go nie używam” — czy na pewno?

Sceptycy lubią przytaczać własne doświadczenia z tańszymi pecetami, gdzie wyświetlacz skrywał się za błyszczącą taflą z grubą obwódką, a Windows wciąż pozycjonował kursory w pikselowej precyzji. Rzecz w tym, że ten sam użytkownik po przesiadce na tablet niemal nie wyobraża sobie innego sposobu konsumpcji treści. W badaniach firm analitycznych IDC i Canalys widać, że ponad połowa ankietowanych w segmencie kreatywnym deklaruje chęć retuszu zdjęć i szkicowania bezpośrednio na matrycy notebooka, o ile responsywność i odwzorowanie barw zbliżą się do poziomu monitorów referencyjnych. Krótko mówiąc: to nie dotyk był problemem, lecz jakość implementacji.

Jak widzi to Apple: panel OLED najpierw, gesty w bonusie

Szef hardware’u firmy tłumaczy, że priorytetem była reprodukcja barw i kontrast bliski referencyjnym ekranom studyjnym. Dopiero gdy technologia pozwoliła umieścić ultracienką warstwę dotykową bez pogorszenia parametrów, zapadła decyzja, aby ją dodać. W Cupertino króluje pragmatyzm: gładzik z haptics nadal ma być narzędziem numer jeden przy montażu wideo, ale szybkie przesunięcie timeliny palcem pozwala zaoszczędzić kilka sekund tu i tam. Ten sam kompromis dotyczy rysika Apple Pencil Pro, który rozpoznaje kąt nachylenia i siłę nacisku — funkcja ucieszy grafików, a pozostali mogą zignorować istnienie magnetycznego uchwytu.

Dotknij, spróbuj, a jeśli nie polubisz — odznacz w ustawieniach

Najbardziej przewrotnym elementem całej afery okazuje się suwak w Preferencjach systemowych, dzięki któremu da się dezaktywować warstwę dotykową jednym kliknięciem. Apple zagrało więc va banque: daje nam narzędzie, jednak oddaje pełną kontrolę nad tym, czy w ogóle będzie aktywne. Można zatem wciąż używać komputera niczym klasycznej stacji roboczej albo — kiedy przychodzi ochota na szybki szkic czy przewinięcie — uruchomić funkcję i z miejsca skorzystać z jej zalet. W praktyce oznacza to, że największy zarzut krytyków znika po pięciu sekundach w menu. Tyle trwa sprawdzenie, czy ergonomia lat 20. XXI wieku bardziej odpowiada Waszym barkom niż ta sprzed dekady.