Jeszcze zanim włoska marka zdążyła ujawnić pełne dane techniczne swojego pierwszego w pełni elektrycznego modelu o roboczej nazwie „e-Luce”, w sieci zaroiło się od komentarzy wieszczących rzekomy koniec legendy z Maranello. Krytycy przekonywali, że prąd nie współgra z dziedzictwem V12, a czterodrzwiowe nadwozie wygląda raczej na drogą zabawkę niż na bezkompromisowe gran turismo. Dwa miesiące po starcie przyjmowania zamówień okazało się jednak, że klienci myślą inaczej: cała tegoroczna pula, licząca niespełna 500 egzemplarzy, zniknęła z list sprzedażowych szybciej, niż zdążono przygotować pierwsze pojazdy przedprodukcyjne.

Sceptycyzm kontra rzeczywistość: dlaczego spodziewano się porażki?

Niepokój fanów budziło wszystko: od wysokiej masy akumulatorów przez potencjalne wyciszenie charakterystycznego „ryku” silnika aż po obawy, że elektryczna platforma ustawi markę w jednym szeregu z chińskimi start-upami. Na forach motoryzacyjnych trudno było znaleźć pozytywne głosy – przewidywano, że ani zagorzali kolekcjonerzy Ferrari, ani młodsi nabywcy wychowani na silnikach spalinowych nie zapłacą ponad pół miliona euro za auto bez tłoków. Do tego dochodziła silna konkurencja ze strony takich firm jak Rimac, Lotus czy Porsche, które już zdążyły zbudować wiarygodność w klasie hiper-EV.

Błyskawiczna wyprzedaż: liczby, które zdziwiły analityków

Maranello utrzymuje ciszę co do dokładnych statystyk, lecz zgodnie z informacjami „Financial Times” i „Automotive News Europe” tegoroczny limit produkcji – poniżej 500 sztuk – został wyczerpany po ośmiu tygodniach od premiery. Przy cenie startowej 555 000 EUR oznacza to przychód przekraczający 275 mln EUR jeszcze przed rozpoczęciem produkcji seryjnej. Około 20% zamówień pochodzi z Chin, gdzie rośnie apetyt na superszybkie elektryczne limuzyny, kolejne 35% przypada na Amerykę Północną, a resztę dzielą rynki europejskie i Bliski Wschód. Dla porównania, limitowana LaFerrari Aperta potrzebowała 16 tygodni, aby osiągnąć podobny poziom przedsprzedaży.

Technologia i emocje: co przekonało klientów do wydania pół miliona euro?

Według osób, które miały okazję testować przedprodukcyjne prototypy, e-Luce korzysta z architektury 800 V, czterech silników o łącznej mocy przekraczającej 820 kW i nowego pakietu akumulatorów o gęstości energii powyżej 300 Wh/kg. Sprint do 100 km/h ma trwać 2,6 s, a realny zasięg ma przekraczać 500 km w cyklu WLTP. W kabinie zastosowano materiały znane z modeli SF90 i Roma Spider, wzbogacone o elementy z włókna węglowego i skóry pochodzącej z garbarni neutralnych klimatycznie. Producent podkreśla też, że system dźwiękowy odtwarza syntetyzowane brzmienie bazujące na pomiarach akustycznych ikonicznego V12 – rozwiązanie, które w prywatnych pokazach zebrało lepsze oceny niż początkowo zakładano.

Wpływ na strategię marki i rynek luksusowych EV

Sukces e-Luce już procentuje: Ferrari zapowiedziało zwiększenie nakładów inwestycyjnych na napędy elektryczne do 4,4 mld EUR do 2026 r., a w nowym zakładzie w Maranello trwa montaż linii produkcyjnych dedykowanych akumulatorom i silnikom elektrycznym. Według danych Bloomberga globalny rynek luksusowych EV rośnie w tempie 30% rocznie i ma przekroczyć 150 mld USD do końca dekady. Jeżeli kolejne modele marki powtórzą wynik e-Luce, Ferrari utrzyma dwucyfrową marżę operacyjną nawet po 2030 r., gdy unijne normy emisji praktycznie wyeliminują silniki wolnossące z oferty producentów masowych.

Materiały źródłowe

Financial Times, TechCrunch, Bloomberg, Automotive News Europe, raport ACEA dotyczący rynku pojazdów zeroemisyjnych