Sąd kontra Google: Spór o AI i fałszywe informacje w wyszukiwarce

Windows | fot. https://elements.envato.com/

Według prognoz Gartnera generatywna sztuczna inteligencja już w 2025 r. będzie odpowiadać za blisko połowę wszystkich treści, które zobaczymy w internecie. Wraz z tą ekspansją rośnie jednak liczba tzw. halucynacji – przypadków, w których algorytm „wymyśla” nieistniejące fakty lub łączy prawdziwe informacje w fałszywe wnioski. Sprawa kilku monachijskich wydawców przeciwko Google pokazuje, że skutki takich pomyłek mogą być dotkliwe zarówno reputacyjnie, jak i finansowo. Sąd uznał, że za błędne streszczenia wygenerowane przez moduł AI Overviews odpowiada nie abstrakcyjna „sztuczna inteligencja”, lecz sam operator usługi.

Rozstrzygnięcie wpisuje się w szerszą debatę o tym, czy platformy wykorzystujące modele językowe są wyłącznie pośrednikami, czy stają się de facto wydawcami. Jeśli algorytm produkuje tekst, którego nie było w żadnym z przywoływanych źródeł, to – w ocenie niemieckich sędziów – nie da się już mówić o neutralnej wyszukiwarce. Tym samym otwiera się nowy rozdział w sporach o odpowiedzialność prawną za treści generowane przez AI.

Mechanizm AI Overviews – obietnica i ryzyko

AI Overviews to eksperymentalna funkcja Google, która na szczycie wyników wyszukiwania pokazuje kilkuzdaniowe podsumowanie odpowiedzi na zadane pytanie. System powstaje w oparciu o duży model językowy Gemini i łączy dane zgromadzone w indeksie wyszukiwarki z kontekstową analizą treści ze stron WWW.

Model nie kopiuje całych fragmentów artykułów; tworzy syntetyczną odpowiedź, która ma być zrozumiała dla laika. Problem pojawia się, gdy brakuje pewnych informacji lub gdy źródła są sprzeczne. W takich sytuacjach algorytm – aby zachować spójność wypowiedzi – potrafi „dopowiedzieć” brakujący element. Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda wykazali, że w generatywnych modułach wyszukiwarek od 20 % do 27 % odpowiedzi zawiera twierdzenia niemożliwe do zweryfikowania w cytowanych materiałach.

Monachijski proces: zarzuty i decyzja sądu

Dwóch wydawców z Bawarii odkryło, że AI Overviews łączyło ich działalność z oszustwami subskrypcyjnymi, choć w rzeczywistości firmy nie były z nimi związane. Przedsiębiorcy skierowali wniosek o zabezpieczenie roszczeń do Sądu Okręgowego w Monachium, wskazując, że generowane treści godzą w ich dobra osobiste i szkodzą renomie marek.

Skład orzekający stwierdził, że tradycyjne przepisy chroniące wyszukiwarki – pozwalające im usuwać wskazane naruszenia ex post – nie znajdują tu zastosowania, ponieważ system samodzielnie kreuje nową treść, a nie tylko prezentuje cudzą. W efekcie sąd wydał tymczasowy zakaz rozpowszechniania nieprawdziwych informacji o skarżących firmach i zobowiązał Google do usunięcia feralnych streszczeń.

Argumenty stron: autonomia algorytmu kontra odpowiedzialność platformy

Google broniło się, że użytkownik otrzymuje odnośniki do źródeł i może szybko sprawdzić, czy odpowiedź AI jest rzetelna. Firma powołała się również na rosnącą świadomość społeczną dotyczącą ograniczeń technologii. Sąd nie podzielił jednak tego stanowiska, wskazując, że przeciętny internauta ufa autorytetowi wyszukiwarki i nie zawsze weryfikuje podsuwane wnioski.

Prawnicy reprezentujący wydawców zwrócili uwagę, że w niemieckim systemie prawnym ochrona dobrego imienia obejmuje także sytuacje, w których rozpowszechniane są insynuacje tworzone algorytmicznie. Eksperci z Max-Planck-Institut für Innovation und Wettbewerb ocenili, że wyrok wpisuje się w linię orzeczniczą ograniczającą prawo platform do „bezkarnej” moderacji, gdy ich rola przekracza czyste pośrednictwo.

Czy to precedens? Konsekwencje dla gigantów technologicznych

Monachijskie orzeczenie nie jest prawomocne, ale jego symboliczne znaczenie wykracza daleko poza niemiecki rynek. W Stanach Zjednoczonych toczy się równolegle kilka pozwów, w których wydawcy zarzucają narzędziom AI nieautoryzowane wykorzystanie treści chronionych prawem autorskim. W Unii Europejskiej na etapie legislacji znajduje się Akt o sztucznej inteligencji (AI Act), a już dziś obowiązuje Akt o usługach cyfrowych (DSA), nakładający na platformy „wysoki poziom staranności” w walce z nielegalnymi treściami.

Dla firm technologicznych oznacza to konieczność wdrożenia bardziej restrykcyjnych procedur: od tagowania generowanych odpowiedzi przez automatyczne wykrywanie potencjalnych halucynacji, aż po zawieszenie modułów AI w wrażliwych kategoriach tematycznych, takich jak zdrowie czy finanse. Nie bez znaczenia są również kwestie ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej oraz przewidywanie ryzyka reputacyjnego w prospektach emisyjnych.

Co dalej z regulacjami AI w Europie i na świecie

Niektórzy prawnicy sugerują, że najnowszy wyrok może zachęcić inne podmioty do pozywania gigantów technologicznych w krajach, w których ochrona dóbr osobistych jest silna. Już teraz we Francji trwają konsultacje nad przepisami uznającymi halucynacje AI za potencjalną formę „dezinformacji zautomatyzowanej”. W Wielkiej Brytanii natomiast Ofcom rozważa włączenie oceny wiarygodności modeli językowych do corocznych audytów platform.

Z perspektywy użytkowników zyskujemy cenne potwierdzenie, że błędy algorytmów nie są „kosztem postępu”, lecz realnym problemem, za który ktoś może – i powinien – odpowiadać. Dla twórców modeli jest to sygnał, że praca nad redukcją halucynacji musi iść w parze z transparentnością procesu generowania treści, w tym z publikacją metadanych wyjaśniających, skąd pochodzą poszczególne fragmenty odpowiedzi.