Najnowszy flagowiec Samsunga wniósł do serii Galaxy S wyraźny skok w szybkości ładowania – z 45 W do deklarowanych 60 W. Wielu użytkowników sądziło więc, że wystarczy sięgnąć po firmową kostkę o nominalnej mocy 65 W, aby w pełni wykorzystać ten potencjał. Po pierwszych testach okazało się jednak, że teoria rozjeżdża się z praktyką: czas uzupełniania energii przypomina raczej poprzednią generację, a wskazania mierników potwierdzają niższy pobór mocy. Gdzie leży problem i jak dobrać akcesorium, które faktycznie wyciśnie z Galaxy S26 Ultra pełne 60 W?
Dlaczego firmowy zasilacz odstaje od oczekiwań
Samsung Trio 65 W to konstrukcja z trzema portami — dwoma USB-C i jednym USB-A — zaprojektowana jeszcze w epoce, gdy firmowe smartfony ładowały się maksymalnie 45 W. W trybie pojedynczego portu zasilacz oferuje profil 20 V / 2,25 A, czyli 45 W, i to właśnie ten limit obowiązuje niezależnie od zapasu mocy widniejącego na obudowie. Źródło nie obsługuje najnowszego rozszerzenia USB Power Delivery 3.1 z trybem PPS 60 W, a to właśnie dynamiczne skalowanie napięcia (zwykle 5-21 V w krokach co 20 mV) jest wymagane przez tryb Super Fast Charging 3.0 w S26 Ultra.
Dodatkowym ograniczeniem jest architektura balansu mocy. Gdy aktywny jest więcej niż jeden port, ładowarka dzieli budżet 65 W między wyjścia według z góry zdefiniowanych kombinacji, co może skutkować jeszcze niższym profilem na poszczególnych gniazdach. Nawet przy pojedynczym podłączeniu urządzenie negocjuje więc maksymalnie 45 W, czyli o 25% mniej, niż potrzebuje telefon, aby osiągnąć pełną prędkość ładowania.
Co kryje się pod skrótem USB PD 3.1 PPS
USB Power Delivery 3.1 wprowadziło tzw. Extended Power Range z progami 28, 36 i 48 V, ale w świecie smartfonów kluczowy jest raczej tryb PPS (Programmable Power Supply). Umożliwia on płynną regulację napięcia i natężenia w czasie rzeczywistym, co ogranicza straty energii po stronie konwertera w telefonie i pozwala bezpiecznie ładować akumulatory o wyższej gęstości energii. Galaxy S26 Ultra wykorzystuje dokładnie ten mechanizm, dobierając około 10-11 V przy niemal 6 A. Ładowarka pozbawiona PPS lub oferująca jedynie stałe profile 5 V, 9 V, 15 V i 20 V nie będzie w stanie osiągnąć 60 W, nawet jeśli na etykiecie widnieje większa moc całkowita.
Sytuację komplikuje fakt, że producenci zasilaczy często podają sumaryczną moc wszystkich portów, nie zaś realne możliwości pojedynczego wyjścia w trybie PPS. W rezultacie adapter 65 W może okazać się szybszy od modelu 45 W tylko na papierze, o ile nie spełnia najnowszych specyfikacji negocjacji zasilania.
Jak kupić ładowarkę, która naprawdę da 60 W
Przed zakupem warto sprawdzić cztery parametry: obsługę USB PD 3.1, obecność PPS, maksymalną moc na pojedynczym porcie USB-C oraz graniczne natężenie prądu. Idealna kostka dla S26 Ultra powinna deklarować profil PPS 11 V / 5,5 A lub 10 V / 6 A, co daje 60 W z lekkim zapasem. Mile widziane są układy w technologii GaN: zwiększają sprawność i pozwalają na kompaktową obudowę, jednocześnie lepiej radząc sobie z ciągłym obciążeniem wysokim prądem.
W praktyce najpewniejszym wyborem są ładowarki jednoprzewodowe klasy 67-100 W z certyfikatem USB-IF lub te, które w specyfikacji wyraźnie wymieniają „PD 3.1 PPS 5-20 V / 6 A”. Modele zaprojektowane dla laptopów potrafią wprawdzie osiągać 20 V / 3-5 A, lecz bez elastycznego modułu PPS ponownie zatrzymają się na 45 W. Warto także zwrócić uwagę na przewód: przewody typu C-to-C powinny być przystosowane do prądów rzędu 6 A, co producent sygnalizuje grubszym przekrojem żyły zasilania i opisem „E-Marker 6 A”.
Co dalej z szybkim ładowaniem w smartfonach
Dynamiczny rozwój ogniw krzemowo-grafitowych i unormowanie standardu USB PD 3.1 sprawiają, że bariera 60 W w telefonach przestaje być sufitem technologicznym. Analitycy rynku półprzewodników spodziewają się, że w 2025 r. smartfony zasilane 80-100 W znajdą się w ofercie większości dużych marek. Paradoksalnie oznacza to jeszcze większą wagę kompatybilności: im wyższa moc, tym mniejsze pole do kompromisów w negocjacji profili i jakości przewodów. Już dziś przykład Galaxy S26 Ultra uczy, że warto patrzeć głębiej niż na pojedynczą liczbę watów nadrukowaną na obudowie zasilacza.