Nagłe osłabienie, ból głowy i senność w szczelnym, ogrzewanym mieszkaniu to sygnały, których nie wolno bagatelizować. Mogą świadczyć o obecności tlenku węgla – gazu bez zapachu, koloru i smaku, który według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia co roku przyczynia się do dziesiątek tysięcy poważnych zatruć na świecie. Choć zimą temat powraca najczęściej, ryzyko nie znika wraz z nadejściem wiosny: wszędzie tam, gdzie spala się paliwa, powstaje potencjalne zagrożenie. Najpewniejszą metodą wczesnego ostrzegania są domowe detektory CO, które – poprawnie zainstalowane i regularnie testowane – potrafią uratować życie nawet w kilkanaście sekund od wykrycia niebezpiecznego stężenia.

Dlaczego tlenek węgla jest tak niebezpieczny?

CO powstaje w wyniku niecałkowitego spalania materiałów zawierających węgiel, gdy dopływ tlenu jest ograniczony. Po wniknięciu do płuc wiąże się z hemoglobiną ponad 200 razy silniej niż tlen, tworząc karboksyhemoglobinę i blokując transport tlenu do tkanek. Już przy stężeniu rzędu 0,04% (około 400 ppm) mogą pojawić się bóle głowy i nudności, a przy poziomie 0,1% (1000 ppm) utrata przytomności następuje w ciągu kilkunastu minut. Do najwrażliwszych grup należą dzieci, osoby starsze, kobiety w ciąży i pacjenci kardiologiczni, u których niedotlenienie rozwija się szybciej. Służby ratownicze zwracają uwagę, że zwierzęta domowe często reagują wcześniej: niespokojny pies czy apatyczny kot bywają pierwszym ostrzeżeniem o problemie.

Najczęstsze domowe źródła emisji

Do generatorów CO należą zarówno tradycyjne piece kaflowe i kominki, jak i nowoczesne, ale źle serwisowane kotły gazowe. Ryzyko rośnie przy: zbyt szczelnych oknach ograniczających cyrkulację powietrza, braku regularnego czyszczenia przewodów kominowych, zasłoniętych kratkach wentylacyjnych, niesprawnych lub rozregulowanych palnikach w kuchenkach gazowych, stosowaniu przenośnych generatorów prądu lub grilli w zamkniętych pomieszczeniach.

Według danych krajowych straży pożarnych większość interwencji dotyczących CO ma miejsce w łazienkach z podgrzewaczami przepływowymi oraz w sypialniach przylegających do nieszczelnych przewodów kominowych.

Jak działają czujniki i które parametry mają znaczenie

Większość domowych detektorów wykorzystuje sensory elektrochemiczne reagujące na określone stężenie CO w powietrzu. Wewnątrz urządzenia znajduje się komora z elektrolitem; obecność gazu wywołuje reakcję chemiczną generującą prąd elektryczny proporcjonalny do stężenia. Elektronika analizuje sygnał i włącza alarm akustyczny o głośności minimum 85 dB, co spełnia normy europejskie. W tańszych modelach spotyka się elementy półprzewodnikowe bazujące na zmianie oporu warstwy tlenku cyny, lecz są one wrażliwsze na zmiany temperatury i wilgotności. Przy zakupie warto zwrócić uwagę na: posiadanie certyfikatu zgodności z normą EN 50291-1 (urządzenia domowe) i EN 50291-2 (instalacje mobilne), deklarowaną żywotność sensora (zazwyczaj 7–10 lat), rodzaj zasilania: bateria litowa o przedłużonej trwałości lub zasilacz sieciowy z podtrzymaniem bateryjnym, funkcję cyfrowego wyświetlacza, która pokazuje bieżące i zapamiętane stężenie CO.

Prawidłowy montaż i konserwacja urządzeń

CO rozprzestrzenia się równomiernie z powietrzem o temperaturze pokojowej, dlatego detektor powinien znaleźć się ok. 1,5 m nad podłogą i co najmniej 2 m od potencjalnego źródła emisji. Zgodnie z zaleceniami National Fire Protection Association oraz europejskich straży pożarnych minimalny zestaw obejmuje: co najmniej jeden czujnik na każdej kondygnacji budynku, dodatkowy detektor w pobliżu sypialni lub wewnątrz niej, aby alarm obudził śpiących, urządzenie w pomieszczeniu z kotłem lub podgrzewaczem wody.

Raz w miesiącu należy uruchomić przycisk testowy, a raz w tygodniu skontrolować, czy dioda zasilania świeci prawidłowo. Coroczne sprawdzenie czujnika przy użyciu gazu testowego pozwala zweryfikować czułość sensora. Po upływie okresu eksploatacji producenta wymagana jest bezwarunkowa wymiana, nawet jeśli urządzenie nadal sygnalizuje gotowość do pracy.

Fakty i mity wokół detektorów – co mówią służby ratownicze

Co pewien czas w mediach społecznościowych pojawiają się informacje o rzekomych „masowych awariach” detektorów lub o tym, że obecność jonizujących czujek dymu zakłóca działanie czujników CO. Krajowe centra zapobiegania pożarom oraz inspektoraty nadzoru budowlanego podkreślają, że certyfikowane urządzenia przechodzą rygorystyczne testy i nie ma dowodów na ich „hurtowe” uszkodzenia. W razie wątpliwości strażacy rekomendują przeprowadzenie prostego testu funkcjonalnego oraz – w razie alarmu – natychmiastowe opuszczenie pomieszczenia i wezwanie służb. Eksperci ostrzegają również przed kupowaniem detektorów z niezweryfikowanych źródeł, często pozbawionych europejskich oznaczeń bezpieczeństwa. Świadomy użytkownik powinien kierować się nie tylko ceną, lecz przede wszystkim wiarygodnością producenta i obecnością stosownych certyfikatów.