Stojąc przed sklepowym automatem do zwrotu opakowań trudno oprzeć się wrażeniu, że system kaucyjny to czysta korzyść: kilka monet wraca do kieszeni, a plastik i aluminium trafiają do recyklingu. Dopiero gdy przychodzi comiesięczny rachunek za gospodarowanie odpadami, wielu mieszkańców zauważa, że finansowa równowaga została zachwiana. Przeniesienie najbardziej wartościowych surowców poza gminne strumienie odpadowe zmienia bowiem układ sił w całej lokalnej ekonomii śmieciowej.
Jak działa kaucja i dlaczego gospodarka odpadami się komplikuje
Mechanizm depozytowy opiera się na prostej logice: producent wprowadza na rynek napój, detalista dolicza kaucję, a konsument odzyskuje ją po zwrocie pustej butelki lub puszki. Taki system funkcjonuje już w ponad dwudziestu krajach Europy; rekordziści, jak Niemcy czy Litwa, notują poziomy zbiórki przekraczające 90%. Z ekologicznego punktu widzenia to ogromny sukces: redukcja zaśmiecania przestrzeni publicznej i poprawa jakości surowca trafiającego do recyklerów.
W praktyce jednak depozyt wycina z gminnych odpadów frakcję, która dotąd była ich finansowym filarem. Zyski ze sprzedaży dobrej jakości PET i aluminium stanowiły nawet kilkanaście procent przychodów przedsiębiorstw komunalnych. Gdy te materiały lądują w rękach operatora systemu kaucyjnego, budżety instalacji sortujących stają się podatne na wahania cen pozostałych, znacznie mniej dochodowych frakcji, takich jak papier czy odpady zmieszane.
Według analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego, przy zachowaniu dotychczasowych kosztów zbiórki, brak przychodów ze sprzedaży opakowań po napojach może podnieść średnią stawkę dla mieszkańca o 10–20%. Zakładany w Polsce depozyt 50 groszy podnosi więc efektywność odzysku kosztem wyższych opłat w innym miejscu systemu.
Samorządy liczą straty: deficyt w żółtym worku
Na poziomie gmin rachunek staje się konkretny. Jeszcze przed wejściem w życie pełnej wersji systemu pilotażowe wyliczenia pokazały, że roczny ubytek przychodów z selektywnej zbiórki może sięgnąć nawet miliona złotych w średniej wielkości mieście powiatowym. Dla dużych aglomeracji mowa o dziesiątkach milionów.
W stolicy województwa śląskiego sama sprzedaż aluminium przynosiła spółce komunalnej ok. 4 mln zł rocznie. Gdy frakcja ta zacznie trafiać bezpośrednio do operatora depozytu, samorząd będzie musiał uzupełnić lukę albo podwyżką opłat, albo zasileniem systemu z budżetu miasta. Podobny scenariusz przewiduje Związek Miast Polskich, który w wewnętrznych prognozach zakłada, że bez mechanizmu rekompensat 70% gmin stanie przed koniecznością podniesienia stawek dla mieszkańców w ciągu pierwszych dwóch lat funkcjonowania kaucji.
Dodatkowa presja kosztowa pojawia się również w logistyce. Sortownie będą musiały zagospodarować nową strukturę odpadów: mniej plastiku, więcej wielomateriałowych opakowań i trudnych w recyklingu folii. Przepływy materiałowe stają się mniej przewidywalne, a skala instalacji zaprojektowanych z myślą o dawnej zawartości żółtych worków może okazać się nieoptymalna.
Konsument między ekologią a rachunkiem za śmieci
Z perspektywy gospodarstwa domowego kaucja to z jednej strony odzyskana moneta, z drugiej – zamrożenie gotówki do czasu wizyty w punkcie zwrotu oraz dodatkowy obowiązek logistyczny. Średnio statystyczny Polak wypija rocznie ponad 300 litrów napojów w butelkach i puszkach. Przy stawce 50 groszy daje to ponad 150 zł „zawieszonych” w cyklu depozytowym.
Badanie Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu wykazało, że 42% ankietowanych obawia się rosnących stawek za gospodarowanie odpadami właśnie z powodu wyłączenia surowców z worka żółtego. Jednocześnie 68% deklaruje, że mimo tych kosztów postrzega system kaucyjny pozytywnie. Ten rozdźwięk pokazuje, że akceptacja dla proekologicznych rozwiązań jest wysoka, o ile obciążenia finansowe nie przekroczą psychologicznej bariery „kilku złotych miesięcznie”.
Na wzrost opłat mogą być szczególnie wrażliwe osoby starsze i rodziny wielodzietne, które już dziś często korzystają z ulg komunalnych. Bez dodatkowych instrumentów osłonowych kaucja, mająca w teorii charakter prospołeczny, może niespodziewanie pogłębić dysproporcje dochodowe.
Co można poprawić, zanim system wystartuje
Specjaliści z branży gospodarki odpadami wskazują kilka rozwiązań pozwalających zminimalizować efekt domina. Po pierwsze, część przychodów z opłat ponoszonych przez producentów napojów mogłaby trafiać do gmin w formie opłaty solidarnościowej, wyrównującej ubytek przychodów ze sprzedaży surowców. Rozwiązanie to funkcjonuje już w Finlandii, gdzie instalacje komunalne otrzymują stały ryczałt od operatora systemu.
Po drugie, ministerstwo klimatu rozważa wprowadzenie mechanizmu tak zwanych modulatorów opłat w ramach rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Im bardziej przyjazne środowisku opakowanie, tym niższa składka do wspólnego funduszu. Część tych środków mogłaby stanowić fundusz stabilizacyjny dla samorządów.
Wreszcie, konieczne wydaje się doprecyzowanie przepływu danych. Gmina musi wiedzieć, ile opakowań pochodzących z jej terenu trafiło do systemu depozytowego, by móc precyzyjnie planować budżet i inwestycje w infrastrukturę. Bez transparentnego dostępu do statystyk samorządy działają w warunkach niepewności, a podwyżki pozostają najprostszą reakcją na ryzyko deficytu.
Czy uda się znaleźć punkt równowagi między wysoką efektywnością recyklingu a akceptowalnymi kosztami społecznymi? Odpowiedź zależy od tego, jak szybko ustawodawca i branża wypracują system rekompensat, który sprawi, że zielona transformacja nie będzie oznaczać czerwonego bilansu dla domowych budżetów.