Trudno w to uwierzyć, ale od światowej premiery „Labiryntu” mija właśnie cztery dekady. Fantastyczna opowieść o nastoletniej Sarze, która musi przejść przez pełen pułapek świat goblinów, by ocalić brata, początkowo przeszła niemal bez echa. Z czasem jednak widowisko Jima Hensona z udziałem Davida Bowiego zyskało status kultowy, a kolejne pokolenia widzów odkrywają w nim fascynujący splot baśni, musicalu i lalkarskiej maestrii. Jak doszło do powstania tak niezwykłego filmu i dlaczego wciąż inspiruje twórców gier, komiksów czy mody – o tym opowiada poniższy tekst.
Od pomysłu do zielonego światła
Jeszcze w latach 70. Jim Henson był postrzegany przede wszystkim jako „ojciec Muppetów”. Przełom nastąpił wraz z mrocznym „Ciemnym kryształem”, który udowodnił, że lalkarstwo potrafi tworzyć rozbudowany, autorski świat fantasy. Podczas prac promocyjnych filmu Henson nawiązał bliższą współpracę z ilustratorem Brianem Froudem, słynącym z mitologicznych i baśniowych rysunków. To właśnie Froud, jak relacjonował w późniejszych wywiadach, wymyślił obraz goblinów pochylających się nad płaczącym niemowlęciem – scenę, która stała się zalążkiem całego scenariusza.
Do pierwszej wersji tekstu, oprócz kanadyjskiego poety Dennisa Lee, zaangażowano z czasem aż kilku scenarzystów. Wśród nich znaleźli się Elaine May, Laura Phillips, a także George Lucas, który po sukcesie „Gwiezdnych wojen” wystąpił w roli producenta wykonawczego. Kluczowy okazał się jednak wkład Terry’ego Jonesa z Monty Pythona. Jego komediowe szlify pozwoliły złagodzić początkowo zbyt patetyczny ton i nadały dialogom lekkości. Henson, szukając unikalnej twarzy dla Króla Goblinów, postawił ostatecznie nie na aktora charakterystycznego, lecz na ikonę muzyki – Davida Bowiego. Decyzja ta otworzyła drogę do stworzenia filmu łączącego baśniową fabułę z elementami rock-owego widowiska.
Magia warsztatu: jak powstawał „Labirynt”
Zdjęcia zaczęły się wiosną 1985 roku w londyńskim Elstree Studios, a budżet – według ówczesnych danych około 25 milionów dolarów – pozwolił na zbudowanie jednych z największych dekoracji, jakie kiedykolwiek powstały dla filmu fantasy sprzed ery grafiki komputerowej. Zespół Jim Henson’s Creature Shop zaprojektował przeszło pięćdziesiąt pełnowymiarowych stworzeń, nie licząc setek mniejszych goblinów. Każdą z postaci animowano na inny sposób: od klasycznych lalek ręcznych, przez kostiumy noszone przez aktorów, po konstrukcje sterowane radiowo. Przykładem skali wyzwania była postać Ludo – masywnego, futrzastego giganta, którego mimikę kontrolowało kilku operatorów ukrytych w kadłubie ważącym kilkadziesiąt kilogramów.
Szczególne miejsce w annałach efektów analogowych zajmuje sekwencja z ognistymi Fireys. Aby uzyskać wrażenie odczepiania kończyn i głów, animatorzy zastosowali technikę naświetlania taśmy wielokrotnie, łącząc tradycyjną lalkę z grą światła i cieni. Podobną kreatywność widać w finale inspirowanym grafiką M.C. Eschera „Relativity”: zespół scenograficzny zbudował zestaw przecinających się klatek schodowych, a operator Alex Thomson filmował go przy użyciu zwierciadeł i nietypowych kątów, uzyskując wrażenie architektury przeczącej grawitacji.
Choć dziś takie rozwiązania wydają się heroiczne, w połowie lat 80. były codziennością dla specjalistów od efektów praktycznych. W zespole Hensona pracowali m.in. Brian Henson (syn reżysera) oraz japoński animator Shigeru Yamakawa, których doświadczenie w mechanice precyzyjnej pozwoliło skonstruować zdalnie sterowane oczy i usta lalek. Dodatkową warstwę magii dołożyły utwory Bowiego – w tym niezapomniane „Magic Dance” i „As the World Falls Down” – skomponowane specjalnie do filmu. W połączeniu z choreografią Gatesa McFaddena (późniejszej odtwórczyni dr Crusher w „Star Trek: The Next Generation”) powstało dynamiczne widowisko muzyczne.
Spotkanie z publicznością i krytyką
Premiera amerykańska odbyła się 27 czerwca 1986 roku. Mimo przychylnej prasy branżowej, masowa widownia zareagowała chłodno. W weekend otwarcia film zarobił nieco ponad 5 milionów dolarów, a łączny wynik w USA nie przekroczył dwunastu. Krytycy chwalili warstwę wizualną, lecz część z nich uznała fabułę za nazbyt złożoną jak na kino familijne, a jednocześnie zbyt infantylną dla dorosłych. Ostre recenzje „New York Timesa” czy „Los Angeles Timesa” uderzyły w reżysera, który w prywatnych rozmowach przyznawał, że odebrał je jako osobistą porażkę.
Na rynkach zagranicznych sytuacja wyglądała nieco lepiej: we Francji i Wielkiej Brytanii entuzjazm był większy, a japońskie wydanie na VHS szybko stało się hitem wypożyczalni. Jednak wynik globalny – około 34 milionów dolarów – wciąż nie pokrył kosztów marketingu i produkcji. W efekcie Henson skupił się na telewizji, tworząc nagrodzony Emmy cykl „The Storyteller” oraz „Jim Henson Hour”. Paradoksalnie to właśnie domowe nośniki uratowały „Labirynt”. W latach 90. kolekcjonerskie wydania laserdisc, a następnie DVD sprawiły, że film trafiał do nowych fanów. Jednocześnie stacje kablowe w USA i Europie regularnie powtarzały produkcję w ramówkach, cementując jej status fenomenu kultowego.
Dziedzictwo i trwająca inspiracja
Dziś „Labirynt” pozostaje jednym z najczęściej przywoływanych przykładów kina, które zyskało drugie życie poza salą kinową. Książka Briana Frouda „Goblins of the Labyrinth”, wydana tuż po premierze, doczekała się wielu dodruków, a dokument „Inside the Labyrinth” uchodzi za podręcznikową lekcję efektów praktycznych. W 2006 roku wytwórnia Tokyopop wydała czterotomową mangę „Return to the Labyrinth”, rozwijającą losy Jaretha i dorastającego brata Sary. Równolegle Marvel Comics przygotował adaptację graficzną, a firma LucasArts – prototyp gry przygodowej, z którego elementy trafiły później do klasycznego „The Secret of Monkey Island”.
W branży mody styliści wciąż cytują kreacje Bowiego z filmu; charakterystyczna fryzura i gorsetowe stroje króla goblinów pojawiają się na wybiegach od Londynu po Tokio. Nawiązania do „Labiryntu” można również odnaleźć w teledyskach (m.in. „Within” Daft Punk) czy serialach pokroju „Stranger Things”, gdzie neonowa paleta barw i analogowe efekty wyraźnie wskazują na duchowe pokrewieństwo z dziełem Hensona. Popularność konwentów fanowskich, takich jak Labyrinth Masquerade Ball w Los Angeles, pokazuje, że film stał się nie tylko treścią, lecz także pretekstem do tworzenia społeczności.
Kwestia kontynuacji wraca regularnie od lat. Nad scenariuszem sequela pracowali kolejno Nicole Perlman, Fede Álvarez i Scott Derrickson, a rozmowy koordynuje Lisa Henson, stojąca dziś na czele The Jim Henson Company. Największą barierą okazuje się nie budżet, lecz znalezienie koncepcji łączącej estetykę lat 80. z oczekiwaniami widzów wychowanych na CGI. W epoce cyfrowych blockbusterów powrót do manualnych lalek i gumowych kostiumów wydaje się ryzykowny finansowo, lecz właśnie ta rękodzielnicza warstwa jest esencją „Labiryntu”. Czy uda się ją zachować, jednocześnie przemawiając do młodszej publiczności? To pytanie pozostaje otwarte, a sama niewiadoma tylko podkreśla niezwykłość filmu, który od czterdziestu lat wymyka się łatwym definicjom.