Brukselski Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA) wszedł w życie z ambicją objęcia wspólną kuratelą całego unijnego internetu. Warszawa właśnie przygotowuje ustawy wdrożeniowe, jednak w ich roboczej wersji pojawił się zapis pozwalający administracji państwowej blokować dostęp do wybranych treści jeszcze przed wydaniem wyroku przez sąd. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji alarmuje, że taki tryb może nie tylko rozminąć się z konstytucyjnymi gwarancjami wolności słowa, lecz także z samą filozofią DSA, która zakłada równowagę między bezpieczeństwem użytkowników a ochroną debaty publicznej.
W ocenie regulatora przyjęcie projektowanych rozwiązań w obecnym kształcie przyniosłoby efekt odwrotny do zamierzonego: zamiast przejrzystości procedur – uznaniowość, zamiast odpowiedzialności platform – zbyt duże kompetencje organów centralnych. Problem nie dotyczy celu, lecz narzędzia, którym ustawodawca chce się posłużyć.
Cele i wyzwania nowego unijnego porządku cyfrowego
Digital Services Act ma zastąpić kilkunastoletnią dyrektywę o handlu elektronicznym i odpowiedzieć na wyzwania doby platform społecznościowych oraz algorytmicznego pośrednictwa informacji. Reguły przewidują m.in. obowiązek szybkiego reagowania na treści o charakterze terrorystycznym, zakaz ukrytej dyskryminacji w reklamie czy wymóg udostępniania niezależnym audytorom metod moderacji treści. Dla tzw. bardzo dużych platform (VLOP) wprowadzono dodatkowe obowiązki dotyczące oceny ryzyka systemowego i transparentności algorytmów rekomendacyjnych.
W praktyce każde państwo członkowskie musi jednak ustanowić własny punkt kontaktowy i wyznaczyć organ koordynujący – tzw. Digital Services Coordinator – który będzie stał na straży przestrzegania nowych regulacji. W Polsce o tę rolę ubiegają się dwie instytucje: przewodniczący KRRiT i prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Rządowe projekty dzielą kompetencje między oba urzędy, co – zdaniem ekspertów – rodzi ryzyko sporu o jurysdykcję i opóźnień w reagowaniu na realne zagrożenia.
Administracyjny skrót do blokady – obawy KRRiT
Najdalej idące kontrowersje budzi procedura tzw. natychmiastowej blokady treści. Zgodnie z propozycją to urzędnik, a nie sędzia, decydowałby, czy dany materiał narusza prawo. Decyzja obowiązywałaby od razu, a jej uchylenie wymagałoby osobnego postępowania przed sądem administracyjnym. KRRiT przekonuje, że wrażliwe sprawy – na przykład dotyczące pomówienia polityka czy oskarżeń o korupcję – często wymagają analizy dowodów, przesłuchań świadków i konfrontacji opinii biegłych. Administracja nie dysponuje narzędziami procesowymi porównywalnymi z wymiarem sprawiedliwości, co grozi pochopnym usuwaniem treści.
Regulator wskazuje również na ryzyko tzw. efektu mrożącego. Platformy, obawiając się kar finansowych lub blokady, mogą prewencyjnie usuwać materiały na granicy legalności, ograniczając przy tym legalną krytykę władz czy biznesu. Zbliżone ostrzeżenia formułowały wcześniej organizacje pozarządowe, jak European Digital Rights, które podkreślały, że DSA daje państwom narzędzia, ale nie zwalnia z obowiązku zapewnienia kontroli sądowej.
Kto odpowiada za guzik stop? Ryzyko rozmycia kompetencji
Projekty ustawowe nakładają różne obowiązki egzekwowania DSA na przewodniczącego KRRiT, prezesa UKE oraz – w ograniczonym zakresie – Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W wariancie przewidzianym przez resort cyfryzacji to właśnie KRRiT występowałaby z wnioskami o blokadę treści, natomiast UKE pełniłby funkcję koordynatora i nakładał kary. Eksperci zwracają uwagę, że w razie sporu instytucje mogłyby przerzucać się odpowiedzialnością, a przedsiębiorcy – kwestionować decyzje ze względu na brak jednoznacznej właściwości organu.
Zgodnie z analizą KRRiT model rozproszony szczególnie utrudniałby prowadzenie postępowań transgranicznych, które są istotą DSA. Kiedy polski użytkownik zgłasza treść zamieszczoną na platformie zarejestrowanej w Irlandii, koordynatorzy z obu państw muszą działać spójnie. Brak jednoznacznego centrum decyzyjnego w Warszawie mógłby więc opóźniać wymianę informacji i prowadzić do nieskutecznego egzekwowania prawa.
Propozycja: szybka ścieżka sądowa i wzmocnienie zaplecza eksperckiego
Jako alternatywę KRRiT postuluje stworzenie wyspecjalizowanych, całodobowych sądów lub wydziałów zamiejscowych, które w ciągu kilkunastu godzin od złożenia wniosku mogłyby orzekać o blokadzie treści. Tego rodzaju „sąd dyżurny” już funkcjonuje w kilku krajach unijnych – na przykład we Francji, gdzie orzecznictwo w trybie 24-godzinnym dotyczy incydentów terrorystycznych. Model gwarantuje udział niezależnego arbitra, a jednocześnie spełnia wymóg niezwłoczności, który leży u podstaw DSA.
Regulator podnosi również argument natury praktycznej: liczba postępowań o usunięcie bądź ograniczenie dostępu do treści rośnie z roku na rok, podczas gdy zasoby osobowe i finansowe polskich urzędów pozostają niemal niezmienione. Bez ich wzmocnienia nawet najlepiej napisane prawo pozostanie na papierze, a frustracja społeczeństwa wobec bezkarności części platform może się pogłębiać.
Nowe przepisy mają zostać przyjęte jeszcze przed wakacjami parlamentarnymi. W zależności od tego, czy ustawodawca wysłucha argumentów KRRiT, Polska może stać się przykładem zrównoważonej transpozycji DSA – albo państwem, w którym blokowanie wypowiedzi dokonywane jest na urzędowy klik, zanim sprawą zajmie się niezależny sąd. Stawka, jak podkreślają eksperci, jest wysoka: chodzi o wiarygodność krajowych instytucji na europejskiej mapie cyfrowej oraz o zaufanie obywateli do wolności słowa w internecie.